Dzień z bajką – Lis i jaskółka widziane oczami Jan Brzechwy

Namówił Lis Jaskółkę by z nim zawarła spółkę. Bajkę tą wybrała dla nas Joanna Mazurczak.
Ciekawe jakimi pobudkami się kierowała Pani Joanna, żeby nam tą bajkę zaprezentować?.

                                                                                                                                                                                                                                                                                  Rysował Paweł Kaliński

Namówił lis jaskółkę, by z nim zawarła spółkę.
„To – rzecze – proste całkiem: mam pola pręt z kawałkiem,
Coś na nim zasadzimy, a przed nadejściem zimy
Zbierzemy plon pomału, pół na pół do podziału,
Pani się zna na roli, co z dwojga pani woli,
Werzchołki czy korzonki?” „Wyznaję bez obsłonki,
Że ja wierzchołki wolę.” Lis szybko wybiegł w pole
I zasiał pełno marchwi, więc się jaskółka martwi:
„Plon każdy rolnik zbiera i nawet lis przechera
Na marchwi się bogaci, a ja mam kupę naci,
Po prostu kupę ziółek niezdatnych dla jaskółek.
Ha, wpadłam, trudna rada, lecz tylko raz się wpada!”
A lis już krąży w kółko: „Co powiesz mi, jaskółko?”
„To powiem, że na zmianę tym razem ja dostanę
Korzonki. Co pan na to?” „Ja na to jak na lato,
Wierzchołki nawet wolę.” To rzekłszy pobiegł w pole
I całą przestrzeń pustą zasadził w mig kapustą.
W ostatnim dniu kwartału znów przyszło do podziału:
Lis wziął kapustę całą, jaskółce zaś zostało
Pięć wiązek i pół szóstej korzonków od kapusty.
Mówią odtąd jaskółki, że niedobre są spółki.

Uwaga. czekamy na odważnych, którzy podejmą się napisania jakiegoś tekstu na dzień wolnego bloga.
Nagranie z wykładu pojawi sie w przyszłym tygodniu.
Mam nadzieję, że w tym tygodniu pojawi się nagranie z TVN.

56 thoughts on “Dzień z bajką – Lis i jaskółka widziane oczami Jan Brzechwy

  1. Ta bajka to forma pociechy dla biznesmenów-marzycieli (tzn. takich co marzą o biznesie z pozycji etatu, którego nie rzucą dopóki ich biznesik nie będzie generował właściwych obrotów) – w końcu znajdzie się ktoś, kto w spółce będzie pracował, a zadowoli się natką czy korzonkami.
    natka nie jest zła :-9.

    1. ale co Ty chcesz Rumak… Ja juz jakiś czas temu zauważyłem, że sam to się garba możesz dorobić. Albo ktoś będzie tyrał na Ciebie albo Ty na kogoś. I niestety ten co tyra ma gorzej niż jego pryncypał… Choć może nieco więcej niż korzonki…

    2. Rumaku! Jesteś o grosz biedniejszy (umowa, oczywiście jednostronnie narzucona o opłatach za odwiedzanie bloga). Czy uwzględniłeś to w planach wakacyjnych. Możesz wystąpić z podaniem o rozłożenie na raty lub czasowe nie naliczanie opłaty. Wiem, że możesz to uzasadnić względami rodzinnymi.

      1. Państwo też mnie nie pytało, czy chcę płacić podatki i też się cieszę, że mogę korzystać z tego przywileju.

        Proszę tylko uniżenie (zgodnie z ukazem carskim o petencie w biurze) o nie obejmowanie mnie opłatą wstecznie za czas przed uprawomocnieniem się opłaty.

        Jeszcze zapytam Cejrowskiego ile u niego się płaci podatku, może się z nim gdzieś zabiorę, a może? chyba uzbierałaby się nas niezła pielgrzymka…a on prowadzałby nas po jakichś pustyniach, otwierał nam morza i zaprowadził do jakiejś hmm ziemi obiecanej… ?

        Ale puki co zbieram grosze i liczę, że szybciutko uzbiera się na to piwo :-).

        Raty? A na jaki procent?

        :-)

          1. Panie Krzysztofie, czy będzie Pan inwestowal kasę ze sprzedaży butelek? :)
            Proszę podrzucić ten przykład z sobotniego wykładu, bo bardzo zabawny był :)

            Żałuję, że nie miałam okazji przyjść się przywitać – przy najbliżej okazji zaserwuję kilka bęcków orgabnizatorowi, który podstępnie pozbawił mnie (i innych) po-wykłądowej przerwy…

          2. No tak, już mi policzyła komentarze i już wie, że to na jednym piwie się nie skończy.
            Skup butelek, to jest pewny interes. W tej sytuacji.
            Zwłaszcza, że jak wynika z praktyki podatki rozciąga się sprawnie na inne grupy oraz podnosi :-].
            Zacznijcie tworzyć rezerwy na poczet przyszłego podatku blogowego :-))))

  2. A jak dla mnie, to ta jaskółka wcale nie musi mówić prawdy – możliwe, że tylko sobie wyobraża, jak by to mogło wyglądać. I każdemu, kto proponuje jej wspólne przedsięwzięcie, odpowiada: „Wybacz, ale nie jestem zainteresowana spółkami. Wyobraź sobie, że wchodzisz do spółki z lisem…” Bardzo wygodne wytłumaczenie dla nicnierobienia – nieprawdaż?

    A z drugiej strony, to jaskółka de facto była pracownikiem lisa: on miał kapitał – a ona umiejętności. Problem tylko w tym, że nie uzgodnili wcześniej wynagrodzenia za pracę jaskółki. Ale ile już osób sparzyło się na uwierzeniu w podział zysku?;)

    1. Problem w tym, że jaskółka podpisała umowę zanim wiedziała czego ta będzie dotyczyć. Przed podpisaniem umowy trzeba dobrze zastanowić się nad jej wszystkimi składowymi (całego przedsięwzięcia). Na przykład podpisujesz umowę o dzieło na wykonanie np.zdjęć jakiejś imprezy trwającej miesiąc. Masz umowę na kasę za każdy dzień i masz być obecny od początku do końca. Zapominasz jednak, że dzień trwa określoną ilość godzin, a tam okazuje się że to nie 8 czy 10 godzin, a 16 lub 17 (tak dla zobrazowania problemu). Czyli w istocie pracujesz za 2/3 stawki.

      1. Przykładowo trzeba uzgodnić termin godzina. Godzina może moieć 60 minut (zegarowa). Może mieć 45 minut (godzina lekcyjna). Ostatnio za wycieraczką w samochodzie znalazłem reklame agencji towarzyskiej. Z reklamy tej dowiedzialem się, że u nich godzina trwa 90 minut.

  3. Ups… Właśnie w tym tygodniu będę prowadził rozmowy, które, miejmy nadzieję, zaaowocują powstaniem spółki hanlowej. W międzyczasie mam etacik, którego nie rzucę, dopóki biznesik nie będzie generował właściwych zysków. Cóż mi radzisz Rumaku?

    1. Zachowywać się rozumnie i pamiętać o jaskółce z tej bajki. To jedyna rada jakiej ośmielę się udzielić „w ciemno”.

      Pierwszy mój komentarz był bardzo żartobliwy. Drugi czeka na moderacje (chwilowo zmiana podpisu – coś nas łączy ;)).

      Ale w sprawie całkiem poważnej – łączenia etatu i działalności – oczywiście NIE MA jedynych słusznych recept, nie ma nic złego w rozpoczynaniu DG obok działalności etatowej.

      A wtykając kijek w mrowisko: jeśli się wierzy w siebie i swoją działalność, to po co tracić czas na etat? A jeśli się nie wierzy, to po co tracić czas na działalność? Chociaż może to jest realizacja planu, który może być całkiem dobry i sensowny. Jeśli DG nie wymaga czasu (ha ha ha), to może się uda.
      OBY!

      pozdrawiam i życzę sukcesu!

        1. A ja dałem sobie jeszcze jedną:
          etat to pewny piniundz. Wartość.
          Spółka zaś nie musi być zawiązywana dla pieniędzy (z punktu widzenia konkretnej osoby) a np. w celu nauki, nabierania doświadczenia. Wtedy oczywiście warto nie odcinać się od dochodu. O ile na wszystko starczy czasu, bo jeśli nie, to kiszka. Czas to NIE pieniądz. Czas umyka i nigdy nie wróci.

        2. Pytanie tylko, czy kot, który gania pomiędzy zbyt dużą liczbą dziur nie przypomina robotnika biegnącego z pustą taczką. Zapytany przez dziennikarza co się dzieje? odpowiada: mamy tu taki zapierdziel, że nie ma czasu taczek załadować.

      1. Otóż to! Bez zdecydowanych ruchów trudno liczyć na „zdecydowany” pozytywny efekt.

        Czasem trzeba postawić na jedną kartę. Albo skierować całą parę w jeden gwizdek – żeby go wszyscy usłyszeli – i ci z bliska i ci z daleka.

        1. Pani Joanno. Jestem niepocieszony. Miałem odczucie, że kest Pani na sali. Jednakże nie maiąłem możliwości Pani rozpoznać z przyvczyn natury obiektywnej. Podzieliłem się nawet z Kolegą tym moim przeczuciem. Byłem z Waldkiem od wpisów o solidarnym państwie. Cięzkie mam z nim rozmowy ale powoli mi się zmienia.
          Wykład był nafrywany. W przyszłym tygodniu się pokaze. Na blogu spróbujemy omawiać jego poszczególne fragmenty np. Unię Europejską, podatki, wydatki.. Następnym razem jezeli mi się Pani nie pokaze to będe się bardzo smucił.

          1. Ależ ja tam byłam! Kilka postów wyżej napisałam:

            Panie Krzysztofie, czy będzie Pan inwestowal kasę ze sprzedaży butelek? :)
            Proszę podrzucić ten przykład z sobotniego wykładu, bo bardzo zabawny był :)

            Żałuję, że nie miałam okazji przyjść się przywitać – przy najbliżej okazji zaserwuję kilka bęcków organizatorowi, który podstępnie pozbawił mnie (i innych) po-wykładowej przerwy…

            A przed wykładem był Pan tak oblężony, że musiałabym chyba łokciami. Ale siedziałam blisko ;)

    2. Spróbuję ja poradzić. Podstawowa kwestia to charakter spółki. Jeżeli jest się dostarczycielem kapitału (kapital to nie tylko pieniądze), to oczywiście nigdy nie ma potrzeby rzucania pracy etatowej. W takim przypadku najważniejsze to jest dobrać właściwych ludzi. Jest to problem. Własciwy pracownik to suma cech osobowych i kwalifikacji zawodowych. To trudno sprawdzić, szczególnie kwalifikacje zawodowe. głośno dzwoni dzwon, który jest próżny. To częsty przypadek gdy ulegamy iluzji . Odnosimy wrażenie, wywołane pewnością głosu, wykształceniem itp czynnikami, że dana osoba jest najlepszym specjalistom, idealnie pasującą na powierzane stanowisko. Sam to wiem po sobie. W takim przypadku kapitał może sie rozmyć. W małej spółce, przy braku kapitału zazwyczaj trzeba osobiście pracować. W szczególnym przypadku można łączyć dotychczasowa prace z biznesem kosztem wiekszego wysiłku i tak może być. Problemem jest nastawienie psychiczny. Miły Kolega nie pisze, że rzuci np. po trzech miesiącach. Pisze, że dopiero wtedy gdy biznes będzie generował odpowiednie zyski. Czyli zakłada Kolega, iż biznes może takich zysków nie generowac. Kolega nie wierzy w sukces. To nie dobrze, bo wiara czyni cuda a w biznesie szczególnie. Nie pamietam kto, kiedy i gdzie, ale było to tak. Wódz z grupą żołnierzy popłyneli statkami podbić kraj wyspiarski. Gdy dopłynęli rozkazał: spalcie statki. Po wykonaniu przez wojsko rozkazu poinformował ich. Ich jest 5-krotmnie więcej. My nie mamy jak stąd odpłynąć – musicie wygrać. W biznesie jest podobnie. Życzę wielkiego sukcesu.

      1. Czy ta wyspa to nie była przypadkiem Ameryka Środkowa (Meksyk, Cortez)
        Niestety też nie mam 100% pewności, bardzo dawno temu ostatnio chodziłem do szkoły…

        Ale też historia konkwisty to niesamowita sprawa. Jakoś w szkole, kiedy tego się uczyłem nie docierało do mnie, że to bandy składające się z kilkudziesięciu-kilkuset (200-300 raczej niż 900) ludzi potrafiły podbijać wielkie obszary zamieszkałe przez setki tysięcy jeśli nie miliony ludzi. Bynajmniej nie pokojowo nastawionych do życia hippisów.

        Ja rozumiem, mieli konie, wydawali się bogami, roznosili różne straszne choroby i mieli niejaką przewagę technologiczną. Ale ile też sprytu (nie koniecznie uczciwego) i WIARY w siebie.

      2. Niewiara w spółkę [czy DG] nie musi wynikać z niewiary w siebie, niewiary w pomysł, a właśnie – z niewiary w spółkę, która przecież nie jest zerojedynkowa – spółka to jest niewiadoma – jeśli wchodzi się w nią z nieznanymi lisami.

        A nawet jeśli ze znanymi, to cóż z tego? Tyle znamy ludzi (jak i siebie), ile ich sprawdziliśmy. Fajny znajomy, fajny współpracownik wcale nie musi się okazać fajnym wspólnikiem.

        W jednym polskim filmie było to bardzo ładnie ujęte (mówił to Andrzej Mleczko): trudno o dobrą nianię, ale jeszcze trudniej o dobre dziecko.

      3. Jest taki bardzo ładny dialog Olimpias z Aleksandrem Wielkim (hollywoodowska produkcja oczywiscie, ale piękne zdjęcia) – gdy Olimpias próbuje oswoić syna z bliską obecnością węży. Mówi mu, że w świecie, do którego wkracza, ludzie zachowują się jak węże. Jeśli okaże im swoje wahanie – zaatakują go.

        I rzeczywiście – jak ktoś nie wierzy, że się uda (nie jest pewnien), to widocznie jeszcze nie jest gotów. To działa jak samosprawdzająca się przepowiednia.

      4. Dziękuję za poradę. Dziękuję za życzenia sukcesu. W sukces wierzę, co roku znacząco poprawiam swoją stopę życiową. Doszedłem do punktu, w którym mam do wyboru inwestować w siebie na potrzeby mojego pracodawcy – dosyć jasna i przejrzysta ścieżka przyszłej kariery, całkiem atrakcyjna finansowo. Z drugiej strony przede mną rysuje się perspektywa niezalżności, a bycie swoim własnym szefem bardzo mi odpowiada. Dodatkowo, sam będę mógł wpływać na wysokość swoich zarobków. Dla mnie to naturalny krok rozwoju finansowego.

  4. A tak serio: spółki są złe (i bez sensu), tak jak i wszelkie działanie jest złe i bez sensu, jeśli nie ma jasno określonego celu. Najpierw jaskółka z lisem powinni określić cel (marchewka, kapusta) a potem powoływać i ustalać zasady działania spółki… A jak ktoś wchodzi w spółkę z szeroko zamkniętymi oczami i to wychodzi z eee autocenzura…
    Hmm.
    Dzięki za tą bajkę, właśnie coś sobie przypomniałem o moich planach na wakacje :-). Ta bajka trafia w samo sedno tarczy :-[.

  5. Znam wielu takich, co to wchodzą w biznesy zwabieni wizją łatwego i szybkiego zysku. Robią to bez doświadczenia, działają szybko i bez namysłu, łudzą się też, że bez ryzyka – zupełnie jak jaskółka. Wydaje się im, że biznes, to łatwa rzecz – i że wystarczy się tylko „podczepić” pod kogoś, kto ma jakies osiągnięcia bądź przynajmniej zadatki na to, by odnieść sukces w biznesie. A reszta zrobi się sama.
    W biznesie, w polityce, a i pewnie w każdej innej dziedzinie trzeba mieć określone kompetencje. Lis był mistrzem, w przeciwnieństwie do nieudolnej jaskółki.
    Jaskółka weszła w spółkę nic do niej nie wnosząc: ani ziemi, ani własnej pracy i ani krzty odpowiedzialności na siebie nie przyjęła. To lis wniósł kapitał, to lis obsiewał pole, zbierał i dzielił plony, to lis decydował, lis działał – kiedy był właściwy moment. Słusznie zbierał to, na co zapracował.
    A jaskółka popełniła ten sam błąd dwa razy i niczego się nie nauczyła. Nie przeanalizowała sytuacji. I teraz klepie, że spółki są złe. Pewnie też zacznie zaraz obrabiać lisom ogony. Nie widzi jednak, że sama zapracowała w 100% na to, co ją spotkało. Bez refleksji w spółkę weszła, bez refleksji ze spółki wyszła.
    Co zasiejesz, to zbierzesz.

    PS. Myślałam, żeby się podjąć wpisu na sobotę – ze względu na deficyt czasu nie mogłam się poudzielać przy sobotnim wpisie Pana Andrzeja – a, że tak powiem, zaintrygował i dał do myślenia. Mam ochotę na polemikę. Tylko nie wiem, czy zdążę ;(

    W sumie ta bajka też zahacza o wpis Pana Andrzeja – a propos tworzenia koalicji.

    1. Oj ja tam nigdzie nie wyczytałem, że tylko lis działał. Lis siał, ale tylko po to, żeby przechytrzyć jaskółkę.
      A to jaskółka znała się na robocie i była rękami tej spółki (ale: jak mi się ZDAJE, bo tego wprost też nie ma napisanego). Przesłanką ku takiej interpretacji są słowa lisa, że jaskółka zna się na roli.

      Gdyby było tak jak piszesz, jaskółka powinna być szczęśliwa, że ktoś bierze ją do spółki, nie oczekuje od niej żadnego wkładu, a jeszcze coś daje – niechby tylko natki i korzonki…. Za nic – dobre by było i to.
      No, chyba, że to taki świat i jaskółka musi płacić za utylizację śmieci ;-)))).

      A co to by był za lis co wchodziłby w takie spółki? To by była zwykła popiardółka a nie lis-chytrus ;-).

  6. Namówił lis jaskółkę, by z nim zawarła spółkę.
    „To – rzecze – proste całkiem: mam pola pręt z kawałkiem, (…)
    Lis szybko wybiegł w pole
    I zasiał pełno marchwi(…)
    Ha, wpadłam, trudna rada, lecz tylko raz się wpada!”
    A lis już krąży w kółko: „Co powiesz mi, jaskółko?”
    (…)
    „To rzekłszy pobiegł w pole
    I całą przestrzeń pustą zasadził w mig kapustą.
    (…)

    Rumaku, w bajce Lis jest jedyną aktywną i działającą stroną.

    1. Ale z tej bajki wynika, że jedyna praca na polu to sianie vel sadzenie. A ja skąd innąd wiem, że nie tylko.

      Lis brał jaskółkę do spółki z konkretnego powodu „Pani się zna na roli,” czyli wyraził zainteresowanie co najmniej jej wiedzą.

      Nic nie ma o uprawie przez cały sezon. Nic nie ma o tym, jak wyglądały zbiory. Nic nie ma o przepływie informacji między wspólnikami.
      Najwyraźniej ja zupełnie inaczej wypełniam sobie te białe plamy niż Ty :-). Może zatem wypełnijmy je jakkolwiek (jawnie) i dopiero wtedy się przekomarzajmy ;-).

  7. „Pani się zna na roli” to po prostu sposób na uśpienie czujności. To tylko tekst, który pokazuje umiejętności lisa. Nie informuje, że jaskółka cokolwiek na tej roli robiła.

      1. Może był: wszak wspólnik też odpowiada za zobowiązania spółki, czyż nie? A może za wkład wspólny kupili nasiona, żeby pole obsiać?

          1. Skoro autor bajki pominął, to może nie było to istotne dla sensu utworu. Nie chodzi o aktywność, chodzi o opdowiedzialność za własne decyzje.

          2. Jeśli pominiemy wszystko to, czego autor nie napisał, to mamy sytuację taką: jaskółka jest figurantem w spółce – nic nie robi, nic nie zyskuje, nic nie traci, niczym nie ryzykuje. Dla niej ta spółka jest bez sensu. Nie jest powodem do narzekania ani do cieszenia się.
            Dla lisa jest to jeszcze bardziej bez sensu.

            Dlatego też nie sądzę, żeby to był słuszny trop interpretacyjny…

            Albo też nie sposób polemizować z jaskółką – takie spółki są bez sensu.

  8. A w tej bajce to tak jak z głosowaniem w demokratycznych wyborach. Wszyscy głosują, choć nie każdy powinien i nie każdy wie, z czym się te jego decyzje wyborcze wiążą, co popiera i dlaczego, co z tej całej imprezy wyniesie…
    Do polityki nie każdy się nadaje – podobnie jak do biznesu.

  9. To może taka interpretacja, bez wnikania w to czy/kto/co robił: sprytniejszy wspólnik zawsze doi tych mniej sprytnych.
    Staraj się być w spółkach tym najsprytniejszym wspólnikiem!

    1. Też. A na pewno warto rozważyć kilka róznych scenariuszy i się do nich przygotować – czego jaskółka nie zrobiła.

  10. To może taka interpretacja, bez wnikania w to czy/kto/co robił:
    sprytniejszy wspólnik zawsze doi tych mniej sprytnych; staraj się być w spółkach tym najsprytniejszym wspólnikiem!

  11. Dlaczego miałbym rzucać w tej chwili pracę na etacie, skoro nie przeszkadza (nie będzie przeszkadzać) w przyszłym prowadzeniu działalności, a zapewnia większą ilość środków, które mogę w tę działalność zainwestować? Poza tym, mam jeszcze rodzinę na utrzymaniu, i „spalenie okrętów” to średni pomysł. Obecnie ryzykuję jedynie swoimi oszczędnościami, a nie bytem rodziny.

  12. Warto było przejechać 300 km żeby posłuchać Pana na żywo. Dziękuje i życzę dużo zdrowia ;))
    Ps dobrym rozwiązaniem było opuszczenie sali przed promocja rozwiazan dla studentow czyli „prestiżowej” sp z o.o. Jako optymalizacji podatkowej. Cóż prestiż wart jest w koncu każdych pieniędzy ;))

    1. Zgodnie z tymo czym zostałem p[oinformowany, ja miałem podsumowywac wykład omawiając te wszystkie metody i rady. Jak wspomniałem selekcjoner zmienił mnie skrzydło na którym musiałem wystąpić, ale to drobiazg. Wyszedłem po wykładzie, bo mnie osobiście nie interesowała ta tematyka.

      1. Mógłby Pan zrecenzować te różne „śtuczki” na blogu, bo z tego co słyszałem (sam niestety musiałem się wypisać na okoliczności imienin córki – priorytet najwyższej wagi z którym się nie dyskutuje ;-)), to warto by było, żeby ktoś rozsądny i z pewnym doświadczeniem życiowym i „urzędowym” oraz stosownym dystansem wylał trochę zimnej wody na nazbyt rozgrzane głowy.
        Albo chociaż solidnie przeliczył pomysły oszczędnościowe.

      1. Jestem dobrej myśli. W tym przypadku nepotyzm stosowany. Chociaż niektórzy mówią, że z rodziną to najlepiej na zdjęciu.

          1. Eeee tam… Od razu intercyza. Rodzeństwo mam liczne!

            A tak przy okazji: „Spółka zaś nie musi być zawiązywana dla pieniędzy (z punktu widzenia konkretnej osoby) a np. w celu nauki, nabierania doświadczenia. ” – to jakaś aluzja?

  13. Chyba nie są takie złe te spółki. Podobno można uniknąć płacenie ZUS’u nie biorąc sobie dywidendy. Poza tym w razie potknięcia nie odpowiada się majątkiem i jest szybsza szansa wystartowania od nowa w porównaniu z DG-a to już wystarczające korzyści.

    1. Nie ma jednoznacznie dobrych ani jednoznacznie złych form działalności, płacenia podatków itd.
      Wszystko zależy od konkretnej sytuacji.
      Ale zawsze trzeba zacząć od rozpoznanie sytuacji (ustalenia celu, akceptowalnych metod, ryzyk itd.) a potem dobierania środków do tego celu…

Comments are closed.