Polska jest najważniejsza?

Ciężar dźwigania flagi polskiej.

Władza miła jest i cudna,
Prawda, polityczna dziatwo?
Tylko, że lwem zostać trudno,
A osłem – niezmiernie łatwo.

   Adam Biernacki

 Czy Polska to my?
Oczywiście. Obywatele państwa stanowią jego integralna część.  Jednakże w skład państwa wchodzą jeszcze inne jego części. Na przykład władza.  Zachodzi uzasadniona obawa, że gdy słyszymy, że Polska jest najważniejsza, to nie koniecznie chodzi o ciebie i o twoją rodzinę. Może chodzić o kogoś innego i kogoś innego rodzinę. Może również chodzić o to, żeby podkreślić, że najważniejsza jest władza.
 Skąd my to znamy.
 W głębokim socjalizmie Polacy manifestowali swoje niezadowolenie. W sklepach był tylko ocet. oprócz niego tylko  puste półki. Ojcowie nie mieli czym karmić swoich rodzin. Niezadowolenie wywoływało falę strajków.  W takiej scenerii rzecznik prasowy rządu  stwierdził, że „władza się zawsze wyżywi”.
 Władza to też część Polski. Tak więc i wtedy aktualne było hasło „najważniejsza jest Polska”.
Dobro państwa nie jest naszym celem. Jest tylko środkiem do niego.
 Państwo jest tylko narzędziem do podwyższanie standardu życia obywateli.  Polska nie jest najważniejsza. Najważniejszy dla każdego z nas jest  szeroko rozumiany nasz byt i byt naszej rodziny.
Czy podczas naprawy uszkodzonego samochodu powiemy, że najważniejszy jest śrubokręt?

Czy możecie sobie wyobrazić tłum składający się z właścicieli uszkodzonych samochodów i reperujących ich mechaników, głośno skandujących: najważniejszy jest śrubokręt?
   Najważniejszym naszym celem jest nasz dobry byt.
Dobry byt obywateli państwa.
Jak go się realizuje.

Przede wszystkim przez pracę i jeszcze raz pracę. To właśnie praca prawidłowo umocowana w procesie wytwórczości dóbr jest podstawowym składnikiem dobrego bytu. To w wyniku pracy rodzą się owoce pracy, które wymieniane z  producentami innych owoców pozwalają zaspakajać nasze potrzeby ujawniające się na wszystkich obszarach naszego życia.
   Praca rodzi bogactwo.
 Oczywiście nie można utożsamiać bogactwa z dobrym bytem. Bogactwo jest tylko pomocniczym składnikiem  dobrego bytu. Liczy się jeszcze szeregi innych aspektów życia człowieka.  Istotną kwestią jest stopień wolności. Czy można sobie wyobrazić, że dobry byt ma Michaił Borysowicz Chodorkowski. Cóż z tego, że jego majątek jest obłędnie wielki?  Jaką ma korzyść ze swojego majątku spędzając czas przymusowo we współczesnym gułagu?
A zdrowie?
Czy o dobrym bycie może mówić człowiek trapiony przez choroby? Czy permanentne bóle zębów, „łamanie kości” przez reumatyzm, czy wiecznie otwierające się rany można pogodzić z „dobrym bytem”?
A samotność? Czy kraj w którym stosunki miedzy ludzkie są bardzo nieprzyjazne pozwala na „dobry byt”?
A klimat?
Zauważamy, że wielokrotnie bardziej uśmiechnięci  są  niedokarmieni mieszkańcy Afryki niż nasi krajanie!
Takich czynników „dobrego bytu” można by wskazac wiele.
Jednakże bogactwo, aczkolwiek nie jest jedynym, ale bezspornie jest najważniejszym czynnikiem wpływającym na jakość bytu człowieka. Szereg innych składników dobrego bytu osiąga się w pełni bądź w jakieś części za pieniądze.
Bogactwo otwiera do nich drzwi.
Utożsamiamy sobie dobry byt z  życiem w ciepłym kraju. Pieniądze nas tam przeniosą.
Utożsamiamy sobie dobry byt ze zdrowiem. Pieniądze pomogą nam jak najdłużej utrzymać zdrowie, a w przypadku jego utraty dają możliwość  pomniejszenia skutków.
Przykłady takie można mnożyć.
Z zasady pieniądz, jeżeli jest właściwie użyty, to staje się lekarstwem prawie na wszelkie bolączki.  
   Społeczeństwo dzieli się na wytwórców owoców pracy oraz na konsumentów tych owoców. Oczywiście ci pierwsi też konsumują. Jednakże u nich przewyższa wytwórczość nad konsumpcją. Tak więc są dostawcami netto owoców pracy. Inni zaś, nawet jeżeli te owoce wytwarzają, to robią to w niewielkiej ilości. Na pewno w ilości mniejszej niż ich konsumpcja.  Szereg osób ma wrażenie, że wykonuje niezwykle ciężka pracę.  Uważają oni, że należy im się sowite za to wynagrodzenie.
Wyobraźmy sobie przedsiębiorstwo wędkarskie. Zatrudnieni wędkarze codziennie rano chodzą nad Wisłę i łowią na wędki ryby. Od świtu do zmroku, w dni powszednie i święta, bez względu na pogodę, siedzą nad rzeką i łowią. Oczywiście wyniki tych połowów znamy. W Wiśle jest niewiele ryb. Jeszcze mniej daje się im złapać. Ale oni łowią. Co miesiąc dostają wynagrodzenie. W ich mniemaniu jej ono zbyt niskie w porównaniu do ich wkładu i uciążliwości pracy. Mało kto w tak złych warunkach pracuje.  A wynagrodzenie zbliżone jest do płacy minimalnej. W ich odczuciu doznają krzywdy. Subiektywnie mają rację!
Jednakże gdy porównamy wartość złowionych przez nich ryb do osiąganej płacy, to zauważymy, że ich wynagrodzenie znacząco przekracza wartość efektów pracy. Zamieniając, z sąsiadem z przeciwka, złowione przez siebie ryby na chleby – dostaliby nie więcej niż bochenek chleba dziennie. Za uzyskane wynagrodzenie mogą kupić wiele bochenków chleba. Cudowne rozmnożenie owoców pracy?
W Ewangelii funkcjonuje tzw. „Pierwszy znak chleba” (Ewangelia wg Św.Mateusza 14,13-21)
„Gdy Jezus to usłyszał, odpłynął stamtąd łodzią na miejsce pustynne. Tłumy dowiedziały się o tym i poszły za Nim. Kiedy wysiadł z łodzi, zobaczył wielką rzeszę ludzi. Ulitował się nad nimi i uzdrowił chorych.
Wieczorem podeszli do Niego uczniowie i rzekli: „Miejsce to jest odludne i jest już późno. Odeślij ludzi do wsi, aby kupili sobie żywności” Lecz Jezus odpowiedział: „Nie muszą odchodzić. Wy dajcie im jeść!”. A oni na to: „Mamy tylko pięć chlebów i dwie ryby”. Wtedy On im polecił: „Przynieście Mi je tutaj!”. I rozkazał ludziom usiąść na trawie. Wziął pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo i odmówił modlitwę uwielbienia. Potem łamał chleby i dawał uczniom, a oni ludziom. Wszyscy jedli do syta, a zebranymi resztkami napełniono dwanaście koszy. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci.”

Rozmnożenie chleba to jeden z najbardziej znanych cudów opisanych w Ewangelii. Czy zgromadzeni  wtedy wokół Jezusa ludzie zdawali sobie sprawę w jakim wydarzeniu uczestniczą?
Czy po prostu jedli to, co im dano, nie zastanawiając się – skąd pochodzi chleb, który jedzą?
Można odnieść wrażenie, ze my dzisiaj  również nie zastanawiamy się skąd pochodzi chleb.
Jeżeli nasz wędkarz  przemyślałby tą kwestie, to doszedłby do wniosku, że tak naprawdę, to zjada cudzy chleb.

 Dalsze przemyślenia mogłyby  doprowadzić go do wniosku, że ci których chleb zjada wcale nie chcieli mu go dać. Dali wbrew swojej woli, bo tak nakazało im prawo.
Czy dla człowieka, któremu odbiera się chleb stanowi istotną różnicę czy chleb odbiera mu się w majestacie prawa czy też bezprawnie?  Tak naprawdę liczy się wynik. Zarówno w jednym jak i w drugim przypadku chleb został mu zabrany.  Zarówno w jednym jak i drugim przypadku doszło do zabrania mu chleba wbrew jego woli.
Jego dzieci  nie dostały drugiego śniadania. Chleb został  w części oddany osobie jemu całkowicie obcej, zaś w części zjedzony przez  ludzi odbierających mu  go.
Jego chleb jest owocem zalegalizowanej kradzieży!
Kwestia czy kradzież jest zalegalizowana czy też nie, nie robi różnicy dla naszych zołądków

Ten przepływ owoców pracy z pierwszej grupy  do drugiej jest redystrybucją owoców. Nasz byt będzie coraz lepszy, jeżeli coraz większa część drugiej grupy przejdzie do pierwszej. Dopóki druga grupa jest liczniejsza od pierwszej dopóty demokracja stanowi hamulec na naszej drodze do dobrego bytu. Konsumenci  owoców pracy nie dopuszczą do zaprzestania zabierania  owoców pracy ich wytwórcom. Potrzeby grupy konsumenckiej muszą być zaspokojone. To staje się celem działania parlamentu  wybranego przez większość czyli przez konsumentów owoców pracy.
Jeżeli wytwórcy nie wyrabiają z dostarczaniem koniecznej puli owoców  pracy konsumentom, to ci są zmuszeni  je nabywać za środki finansowe pochodzące z pożyczek.
 Rośnie dług państwa czyli nas dług.
 Kute są kajdany dla przyszłych pokoleń wytwórców owoców pracy. Przyszłe pokolenia będą napiętnowane długiem. Ze stoickim spokojem okradamy nasze dzieci i naszych wnuków, a na głos mówimy: najważniejszym naszym celem jest przyszłość młodych pokoleń.
Czynimy ich biednymi  już przed urodzeniem, a po urodzeniu otaczamy troską. Myślimy jak je wychowywać, jak je kształcić. W celu zwiększenia ilości młodych obywateli dajemy pozorne przywileje finansowe ich rodzicom.
W rzeczywistości jest to farma niewolników przeznaczonych do pracy w celu spłacania długów zaciągniętych przez państwo
Niewolnicy tylko w innej postaci.
Niewolnicy XXI wieku!  
Mówimy: najważniejsza jest Polska, a jeżeli komukolwiek uda się kosztem Polski zdobyć  pieniądze to już o Polsce nie myśli. A czy w ogóle można myśleć o państwie?  Czy ktoś z nas oddał dobrowolnie swoje pieniądze na państwo. Czy któryś z urzędników państwowych przyszedł do swojego szefa z wnioskiem o obniżenie mu płacy mówiąc Polska jest w potrzebie! Ona jest najważniejsza! Ja przeżyję z trochę mniejszą pensją. Polsce pieniądze moje się przydadzą. Kogo znacie, kto zrezygnował z emerytury, widząc problemy polskiego budżetu (poza Korwinem i autorem tego wpisu).
Polska ma trudną sytuację finansową, a jej wybitni przedstawiciele będacy parlamentarzystami występują o podwyżki wynagrodzeń.
Dają wyraźnie odczuć, że dla nich Polska nie jest najważniejsza.
Traktują ją jako koryto z którego można się nakarmić.
Nam, biednym, zapracowanym mróweczką wciskają w głowy, że Polska jest najważniejsza.
 Przyjdzie moment, że nikt nie będzie chciał pożyczać pieniędzy Polsce.
Wtedy dla konsumentów cudzych owoców pracy może ich zabraknąć.
To się nazywa bankructwo państwa!
Któregoś dnia mój Brat zadał mi pytanie: czy dobrze bym się czuł widząc umierającego z głodu człowieka pod jakimś parkanem.
 Każdego dnia w ten sposób umiera  tysiące ludzi w Afryce, Azji, Ameryce Południowej.
Nie reagujemy.
To nie człowiek nas interesuje tylko człowiek, który jest Polakiem.
Spojrzałem na kran. Co jakiś czas kapała kropla wody.  Zapytałem znajomego projektanta; czy nie można zrobić takiego kranu, który nawet jednej kropli nie przepuści? Odpowiedział – można. Tylko koszt będzie wielokrotnie wyższy niż koszt tych kapiących latami kropli wody.
Tego jednego Polaka można uchronić od śmierci głodowej ale koszt tego będzie taki, że zuboży wiele polskich rodzin.  Stworzony system zabezpieczający przed nędzą jest systemem wprowadzania do biedy. Oczywiście każdy ma swoje sumienie. Większość z nas udzieliłaby wsparcia osobie umierającej z głodu.  Jednakże gdy takiej pomocy udziela państwo, to staje się ono drogowskazem na życie. Wskazuje drogę przez życia  w oparciu o zasiłki państwowe i samorządowe. Daje gwarancje bezpieczeństwa. Jednakże żeby państwo dało, to wcześniej musi nam zabrać. Zabieranie to też praca. Każda praca kosztuje.  Zabieranie też kosztuje i to kosztuje niemało. Wykonujący pracę szlachetną jest gotów obyć się bez zapłaty bądź pogodzić się z niskim wynagrodzeniem. Jego zapłatą jest satysfakcja. Wykonujący pracę polegającą na zabieraniu pieniędzy społeczeństwu  musi być sowicie wynagradzany. Kosztuje nie tylko praca – kosztuje również robienie świństw ludziom. Kosztuje to, że taki urzędnik np. fiskusa patrząc podczas porannej toalety na odbicie swojej twarzy w lustrze, widzi przed oczyma swoją twarz na tle wspomnień. Wspomnień o petentach, których poprzedniego dnia pozbawił środków do życia. Wspomnień o dzieciach, których rodziców poprzedniego dnia zubożył.
Jeżeli kiedykolwiek słyszymy hasła, ze Polska jest najważniejsze, to nie myślmy o kawałku dwukolorowej tkaniny symbolizującej nasz kraj. Myślmy o ludziach, którzy ciężar tej flagi dźwigają (to chyba słowa Martina Lechowicza).
Nie uszczęśliwiajmy ich na siłę. Nie budujmy solidarnego państwa. Zbudujmy państwo rodzinnej solidarności. Do tego potrzeba jednego.
 Ręce państwa precz od naszej wolności, w tym również  od naszych pieniędzy.

17 thoughts on “Polska jest najważniejsza?

  1. „urzędnik np. fiskusa patrząc podczas porannej toalety na odbicie swojej twarzy w lustrze, widzi przed oczyma swoją twarz na tle wspomnień. Wspomnień o petentach, których poprzedniego dnia pozbawił środków do życia.”

    Likwidator szkód w prywatnej firmie ubezpieczeniowej zaniżając czasami kilkukrotnie kosztorys szkody (co zdarza się nagminnie) też pozbawia środków do życia.

    Można oczywiście sprawę rozstrzygać sądownie – jednostka kontra wielka firma ubezpieczeniowa przez często kilka lat i z różnymi efektami. We Włoszech gdzieś ostatnio słyszałem, że cywilne sprawy to nie pamiętam już czy średnio czy rekordowo 10 lat. Co odzwierciedla kondycję kraju.

    To do czego zmierzam, to to, że ludzie z klapkami na oczach wykonują przepisy które przychodzą z góry. „Ryba psuje się od głowy” = Winna jest głowa w pierwszej kolejności.

  2. Wszystko, co Pan pisze ma sens z punktu widzenia materializmu, a więc nastawienia na gromadzenie i posiadanie dóbr materialnych. A co najistotniejsze, stawiania swego „mieć” nad „być”. To oczywiście prawda naszych czasów i Pana tekst, moim zdaniem, jest bardzo trafny. Powołując się na Biblię, można przytoczyć tu wątek Adama i Ewy i ich wygnanie z raju – tego raju, który istnieje dla ludzi postępujących zgodnie z nakazami Boga (/kosmosu/). Adam i Ewa stali się wolni buntując się przeciw prawom Boga. Ta ich wolność – i nasza, jak wiemy, kosztowała ich (i kosztuje nas przecież) bardzo drogo. Świat jaki dzisiaj obserwujemy to właśnie konsekwencja zmiany priorytetów kierujących naszym światopoglądem i życiem. Depczemy się, oszukujemy, człowiek człowiekowi jest wrogiem gdy tylko istnieje konflikt interesów (miejsce w kolejce, ładniejsza żona, wyższe stanowisko, większa pensja, udany interes…) Erich Fromm rozwija tę myśl bardzo obrazowo, ja tylko ją przytoczyłem. Sądzi Pan, że socjalizm nastawiony na „dobrobyt” i kapitalizm są aż tak od siebie różne? Przytacza Pan argument o dobrej woli bogatego, gdy ta pozwoli biednemu przeżyć ale wydaje mi się, że pomija Pan fakt istnienia naszych priorytetów – mieć nad być. Twierdzę, że socjalizm jest tylko tym gorszy od kapitalizmu w dobie „mieć”, że zabiera wszystkim pod przymusem, by dać niewiele, a kapitalizm faworyzuje powstawanie wielkich dysproporcji ale ani jeden system ani drugi nie zapobiega ludzkiej krzywdzie. Obydwa są amoralne i obydwa oddalają nad od humanitaryzmu, który to powinien wytyczać naszą ścieżkę – jak Adamowi i Ewie na początku.
    Pytanie moje brzmi – jak mamy się ustosunkować do liberalizmu/kapitalizmu, jeśli nie potrafimy przeżyć jednego dnia zgodnie z prawami Boga? Czy jest sens dawać przyzwolenie na inny system, aby pozwolić na prawo dżunglii (faworyzujące umiejętności zdobywania)?
    Ma Pan rację pisząc o złodziejstwie w obecnym systemie. Ja jednak mam wątpliwości, czy proponowane przez Pana rozwiązanie – zdobywania – można nazwać moralnym i ludzkim. Jeśli ludzie nie potrafią żyć jak Bóg nakazuje – a więc w systemie, w którym praca ma być użyteczna dla ludzi a nie środkiem do zdobywania bogactwa – to może trzeba zastanowić się nad jakąś wymuszoną formą kontroli społeczeństwa? Historia pokazuje, że wojen nie brakowało, a te zawsze dotyczyły zabierania sobie dóbr.

    1. Myśle, że poruszył Pan bardzo istotny aspekt sprawy. „Mieć” wywodzące się z pracy i „Być” wywodzące sie z „wrodzonej godności człowieka”. Spróbuję się do tego ustosunkować we wpisie.

    2. Mieć lub być? Pachnie mi tu frommowskim ugryzieniem (mix z marksizmu i psychonalizy, ble). Bogacenie nie jest niczym złym. Moim zdaniem bzdurne jest pisanie o morlaności rynku lub pieniądza. Rynek to proces, na który skałdają się ludzkie wybory. Oczywiście, że sam wybór (i jego konsekwencja) może byc moralny lub nie. Pozowlę sobie zacytować amerykańskiego satyryka: „Akceptacja wolnego rynku pozwala nam uniknąć politycznych nadużyć i złego dysponowania finansami, co jest wszak nieodłączną częścią kreowania sprawiedliwej gospodarki. Dzięki temu też, dochodzimy do wniosku, że gospodarki nie sposób wykreować. Ekonomia jest miarą tego, w jaki sposób natura ludzka wpływa na świat materialny. Rynek jest „bez serca”. Podobnie jak zegarek lub linijka. Obwinianie wolnego rynku za problemy ekonomiczne niczym nie różni się od kierowania pretensji do łazienkowej wagi o to, że przytyliśmy” (O’Rourke, Wykończyć bogatych!, 2006, s. 266-267). Nie będę się rozpisywał na temat moralnych aspektów gospodarki, bo napisał na ten temat dużo prof. Michał Wojciechowski.

      Co do wojen, to różnie to w historii bywało. Nie zawsze chodziło o samo zabieranie, ale również o zastraszenie, prestiż, poszerzanie przestrzeni itd. Chciałbym zauważyć, że wojny prowadzili przede wszystkim władcy i rządy, a obywatele byli tylko w to wciągani. Zresztą jak mawiali klasyczni liberałowie: jak granic nie przekroczą towary, zrobią to wojska i zazwyczaj się tak działo. Wszelkie protekcjonizmy, socjalizmy, prymaty państwa itd. zazwyczaj prowadiły do znieowlenia, upodlenia, zastraszenia i wojny. A czym był merkantylizm? I do czego prowadzil? (Są tacy, zwłaszcza o czerwonym skrzywieniu, co mylą go z mieszczańskim kapitalizmem kupieckim samym w sobie. To tak jak mylić państwowy interwencjonizm z samą gospodarką rynkową).

      Przepraszam za ton wypowiedzi, ale już dawno przestałem mysleć w kategoriach, które mogą prowadzić do pomysłów kontroli społeczeństwa. Zresztą jesli ktoś nie zna historii, to kapitalizm rozwinął się na Zachodzie między innymi dzięki chrześcijaństwu. To Kosciół często nie wie co z tym fantem zrobić. Zresztą nie wiem, co jest złego w systemie dobrowolnej (brak przymusu!) wymiany? Przecież to wraz z wolnością jest zdobyczą naszej cywilizacji/1

  3. my tu pitu pitu, niby wszystko prawda co sie na blogu pisze, tylko jest jedno ale – do zmian potrzebne jest działanie.
    Ja widzę możliwość dokonania tych zmian poprzez zagłodzenie systemu, czyli celowemu ograniczaniu wpływów do budżetu. Jakie jest wasze zdanie, ewentualnie pomysły na wykonanie?

    1. czyli co tak konkretnie proponujesz?
      – przestać kupować COKOLWIEK w sklepach, bo tam jest VAT? – to się nie da.
      – przestać tankować paliwo, bo tam jest VAT i akcyza? – no jak ktoś mieszka blisko granicy, to może oddać te daniny obcemu państwu…
      – rzucić robotę czy wszelkie inne formy działalności, żeby nie generować podatków dochodowych, ZUSów, KRUSów?

      To jest niestety niemożliwe.

      1. drogi rumaku, uwierz mi że na tym świecie są rzeczy o których się filozofom nie śniło, w związku z czym wszystko jest możliwe. Jedyny problem w tym, że niekoniecznie będzie miało miejsce.
        człowiek ze mnie prosty więc właśnie dlatego rzuciłem ten temat do dyskusji- może są bardziej rozgarnięci niż ja i mają pomysł na to, jak zrealizować to „niemożliwe” o którym piszesz:)
        sam wymyśliłem tani trik polegający na rejestrowaniu działalności gospodarczych na emerytów, którzy w tym przypadku płacą jedynie zdrowotne z jednoczesną intensyfikacją działań w szarej strefie. Wychodzę tu z założenia, że ziarnko do ziarnka itd…
        ewentualnie rejestracja firmy za granicą – ani podatki ani ubezpieczenia nie wpłyną do polskiego budżetu

        1. Nie chcę studzić Twojego zapału, ale rejestracja firmy za granicą oznacza niestety kontakt z urzędnikami w dwóch co najmniej krajach. Czasami jednocześnie. Przy czym w dwóch krajach nie oznacza wcale z dwoma na przykład tylko urzędami skarbowymi.

          1. póki co szukam pomysłu na zubożenie polskiego budżetu,
            mogą z tego wynikać różne trudności, ale o tym w następnej kolejności

          2. Ja proponuje skierować myśli na coś konstruktywnego – jak wzbogacić swój budżet, a nie jak zubażać czyjkolwiek…

  4. Niech wszyscy Polacy pojadą na dwa tygodnie do innego kraju, a może lepiej na miesiąc. Spadek dochodów państwa gwarantowany.

  5. Co by się nie dało, jak sie chce to wszystko można. Ograniczanie wpływów do budżetu już przerabialiśmy w drugiej połowie lat siedemdziesiątych do dziewięćdziesiątych, większość ludzi funkcjonowała w „drugim obiegu” bez „pomocy” urzędów skarbowych.

  6. tyle że mniej w państwowym budżecie = więcej w moim
    biorąc pod uwage mój sposób zarobkowania to jest to jak najbardziej konstruktywne myślenie:)
    chyba że miałeś na myśli: jak zjeść kabanosa podczas gdy od drugiej strony wkładają ci wielką parówe…
    jak dla mnie mało komfortowa sytuacja:)

    1. Pan Robert ma rację. Bez względu jak wiele pieniędzy trafi do budżetu państwa lub jak wielki on będzie – w wiekszości to zmarnowane pieniądze (czy ktoś jeszcze pamięta rozpiskę Miltona Friedmana dot. wydawania pieniędzy?).

      Pamietam krzywą Laffera, która mówiła o tym, że jeżli państwo przy większych podatkach odnotuje mniejszy wpływ środków do budżetu. I odwrotnie, tyleż jest jakiś punkt optimum. Sama krzywa Laffera miała pomóc przeforsować obniżkę podatków. To nie jest jednoznaczne z ograniczeniem wydatków! A to przecież wydatki publiczne robią najwiecej zamieszania (polecam prace które wypisałem poniżej). Fiskalizm i złej jakości instytucji (piszę ogólnie o regułach gry w gospodarce, nie tylko o urzedach publicznych) to najwięksi wrogowie wolności i dobrobytu. Przecież p. Krzysztof Habich poruszał to również w książkach (udało mi się je kupić przez Allegro).

      Literatura
      -Afonso A., Schuknecht L., Tanzi V. (2006), Public Sector Efficiency: Evidence for New EU Member States and Emerging Markets, Working Paper, No. 581, European Central Bank, Frankfurt am Main.
      -Bergh A., Henrekson M. (2010), Government Size and Implications for Economic Growth
      -Gwartney J., Holcombe R., Lawson R. (1998), The Scope of Government and the Wealth of Nations, Cato Journal, Vol. 18, No. 2, s. 163–190.
      -Heitger B. (2001), The Scope of Government and Its Impact on Economic Growth in OECD Countries,
      Kiel Working Paper, No. 1034, Kiel Institute of World Economics, Kiel.
      -Tanzi, Vito, and Ludger Schuknecht (2000). Public Spending in the 20th Century

        1. Panie Krzysztofie, Pana książki w fundamentalnych kestiach są wciąż aktualne. Tak jak aktualny jest Wolny wybór Friedmana. Z chęcią przeczytam coś nowego. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *